Głosuj na tego artystę!
|
|
Hey
Media pisały o nich „największa nadzieja polskiego rocka”, „megagwiazda z setkami tysięcy sprzedanych albumów w dniu premiery”, „zespół z jedną z najbardziej cenionych wokalistek i autorek tekstów”, „ikona rocka”. Dziennikarz muzyczny Leszek Gnoiński określił ich w „Encyklopedii polskiego rocka” mianem – „symbolu polskiego rocka okresu lat 90-tych”.
Trudno wyobrazić sobie istniejącą od 1992 roku grupę bez Katarzyny Nosowskiej, i odwrotnie – ją bez grupy Hey. - „Hey nie składał ślubów odnośnie stylistyki, w jakiej będzie się poruszał” – deklaruje Nosowska. - „Od lat chętnie zapraszamy publiczność na imprezę, ale nie obiecujemy, że zawsze będziemy podawali te same trunki i potrawy. Bez publiczności bylibyśmy nikim, jednak elementarna uczciwość nakazuje podążanie za tym, co w danym momencie czujemy, a nie za oczekiwaniami z zewnątrz” - dodaje. I jak pokazuje historia, nie można się z tym nie zgodzić.
Po dobrze przyjętym debiutanckim albumie „Fire”, drugi - „Ho!” rozszedł się w blisko ćwierćmilionowym nakładzie, w zaledwie 10 dni od wydania. Do połowy lat 90-tych trwało młodzieżowe szaleństwo na punkcie zespołu Hey. W 1999 roku z zespołu odszedł Piotr Banach, założyciel i kręgosłup kompozytorski zespołu. Na jego miejsce wszedł Piotr Krawczyk, który wcześniej współpracował z Nosowską przy jej debiutanckim solowym projekcie „puk.puk”. W 2007 roku, jako drudzy w Polsce po Kayah, nagrali specjalnie dla MTV koncert tzw. „bez prądu”, wydany potem jako „MTV Unplugged”. Album błyskawicznie pokrył się potrójną platyną – znalazły się na nim utwory w często zaskakujących, bluesowo–folkowych aranżacjach. Ostatnie wydawnictwo „Miłość! Ratunku! Uwaga! Pomocy!” okazało się kolejnym sukcesem, niezwykle ciepło przyjętym przez fanów oraz krytyków. Tym samym, po raz kolejny, rockowa spółka ze Szczecina udowodniła, że zasługuje na miano jednej z najlepszych polskich grup w historii. Muzycy sięgnęli po nowe brzmienia, starając się generować je w naturalny sposób. - „To w dalszym ciągu jest praca moich rąk, tylko że czasami nie na akustycznym bębnie, tylko gumowym padzie” – tak mówił o swoich odczuciach związanych z pracą nad albumem perkusista Robert Ligiewicz.
Foto: Krzysztof Kozanowski/QL Music
Rafał Nowakowski/www.nowakowski.art.pl





